Historia pewnej poprawki

Autor: Beniamin M. W. Bukowski

Kto, niezależnie od własnej afiliacji światopoglądowej, chociaż trochę interesuje się myślą polityczną, zetknął się z pewnością z Carlem Schmittem, postacią tyleż kontrowersyjną, co intelektualnie modną. To chyba jeden z nielicznych myślicieli konserwatywnych, który tak bardzo oczarowuje lewicowców, czytany więc jest od prawa od lewa, od prawa do lewa wydawany, komentowany i interpretowany. Lubią się w nim zaczytywać i filozofowie i politycy, może tylko prawnicy mają do niego często stosunek nieco niechętny, wytykając mu metodologiczne niechlujstwo i istotne błędy interpretacyjne. Jakim dziwacznym człowiekiem był Schmitt!

Zaczynało się w jego przypadku obiecująco: po zacisznym dzieciństwie na niemieckiej prowincji i służbie w roli cenzora na froncie I wojny światowej trafił do Monachium, mieszkał niedaleko Tomasza Manna, oglądał narodziny coraz to nowych nurtów politycznych i artystycznych, był świadkiem krótkotrwałej Bawarskiej Republiki Rad, samemu w przerwach od zajmowania się prawem zadawał się chętniej bohemą artystyczną, przystając blisko z dadaistami. Źle ulokował uczucia: pierwsza jego żona, podająca się fałszywie za hrabinę, uciekła od niego, kradnąc mu księgozbiór. Schmitt, katolik, nie zdołał mimo usilnych starań uzyskać unieważnienia małżeństwa i po zaangażowaniu w nowy związek popadł w problematyczną relację z Kościołem, którym fascynował się, jednak z którego został ekskomunikowany.

Schmitt kiepsko ulokował nie tylko uczucia personalne: kolejne lata to jego rozczarowanie kawiarnianą inteligencją (której celnej i zjadliwej krytyki dokonał zresztą, wytykając jej estetyzm i zaczadzenie romantyzmem, będącym w gruncie rzeczy niczym innym niż powierzchownym kamuflażem mieszczańskiego filisterstwa) i coraz silniejszy zwrot w kierunku narodowego socjalizmu. Schmitt popiera nazistów i próbuje przypisać sobie rolę ich naczelnego prawnika. Wkrótce jednak staje się oczywiste, że myśli zbyt nieszablonowo jak na standardy Rzeszy: staje się problematycznym poplecznikiem, podobnie jak na gruncie sztuki Emil Nolde (intelektualiści i artyści jako niepożądani zwolennicy to stały wątek w dziejach reżimów totalitarnych, dość wspomnieć hurraoptymizm awangardy wobec bolszewików stłumiony boleśnie po zwycięstwie paradygmatu socrealistycznego).
Zachowuje tytuł uniwersytecki, jednak zostaje odsunięty od wszelkich istotniejszych urzędów. Po wojnie, z racji swej postawy, traci i możliwość działalności akademickiej. Nie przeszkadza mu to być intelektualnym bożyszczem: wizyty składa mu i wielki znawca judaizmu Jacob Taubes, i uwikłany – jak on – w wątpliwe związki z nazizmem Ernst Jünger, i Alexandre Kojève, który z kolei po latach okaże się intelektualistą wplątanym w szpiegowanie na rzecz Związku Radzieckiego. Późniejsze oddziaływanie Schmitta wymieniać można długo: od Chantal Mouffe po Hayeka, z najbardziej bodaj wnikliwym czytelnikiem w postaci Giorgio Agambena.

Schmittem interesowali się też politycy, znów niezależnie od poglądowej afiliacji. Swojego czasu sporą sensację wzbudziło zdjęcie Waldemara Pawlaka przyłapanego na lekturze tekstów autora Teologii politycznej. Tajemnicą poliszynela jest też to, że część polskich wydań Schmitta współfinansowana była z bezpośredniej inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego. I sporo uwagi poświęcono temu, jak bardzo Prawo i Sprawiedliwość w sferze praktyki politycznej odwołuje się do koncepcji Schmitta, zwłaszcza do jego rozważań na temat zjawiska „stanu wyjątkowego”. Słynna formuła otwierająca Teologię polityczną brzmi: „Suwerenny jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym” [1]. Innymi słowy: realna władzę sprawuje w państwie ten, który potrafi przekonać innych, że istnieje rzeczywisty powód do zawieszenia obowiązującego prawa podyktowany wyższą koniecznością. I chociaż opozycja również próbowała się załapać na lekcję ze Schmitta, była w tym tyleż spóźniona, co nieudolna: z najbardziej spektakularną porażką w postaci kompromitującej, farsowej próby zablokowania prac sejmu przez Platformę Obywatelską i Nowoczesną na przełomie 2016 i 2017 roku, w związku z kontrowersyjnymi zmianami prawnymi wprowadzanymi przez Prawo i Sprawiedliwość. Kaczyński znacznie lepiej radzi sobie z prawidłami „teologii politycznej”: uważne prześledzenie działań PiS na przestrzeni ostatnich lat odsłania nawracający schemat wyszukiwania pretekstu budowania narracji o stanie wyjątkowym i przeprowadzania w oparciu o nią coraz dalej posuniętych zmian struktur państwowych oraz prawa. I jeśli część z tych inicjatyw kończy się fiaskiem, partia rządząca umiejętnie stawia krok w tył, by wyczekać na odpowiedni moment do dalszego przesuwania granic.

Warto to przypomnieć dzisiaj, ponieważ kolejnym pretekstem idealnym do przeformułowywania państwa i utwierdzania roli suwerena jest epidemia
koronawirusa i słynne już regulacje związane z coraz to nowymi tarczami antykryzysowymi. Pod ich egidą próbowano przeforsować lub przeforsowano wiele rozwiązań nie mających nawet pośredniego związku z kwestiami zdrowia publicznego ani przeciwdziałaniem widmu ekonomicznych następstw lockdownu. Losy najbardziej niebezpiecznego z nich ważą się w tej chwili w Sejmie, całkiem mimochodem, kwestie legislacyjne nie przyciągają uwagi mediów tak skutecznie jak to, co dzieje się na ulicach lub przy okazji kontrowersyjnych wypowiedzi polityków.

Druk nr 539 ze strony Sejmu RP, jeżeli wejdzie w życie, wprowadza logikę stanu wyjątkowego par excellence. Poselski projekt zmian w „ustawie o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych” sprowadza się właściwie do jednego zapisu:

Art. 10d. Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione [2].

Literalnie poprawka ta głosi, że kto w interesie społecznym dla przeciwdziałania koronawirusowi działa niezgodnie z prawem, działa zgodnie z prawem. Paradoks stanu wyjątkowego polega wszak na tym, że jest on wyjątkiem, którego prawo nie może przewidzieć, które prawo jednak zakłada, czy – jak pisze w analizie Schmitta Giorgio Agamben – jest wyjątkiem fundujący właściwie samo istnienie prawa. Zacytujmy (cytującego zresztą po części piszącego o stanie wyjątkowym Maurice’a Blanchota) Agambena:

W obliczu wszelkiego nadmiaru system interioryzuje poprzez zakaz to, co go przekracza, i tym sposobem „określa się jako zewnętrzny wobec samego siebie [3].
Tym samym ten, kto prawo konstytuuje, daje sobie w obrębie prawa przestrzeń na działanie poza nim. Zakłada istnienie przypadków, które przekraczają granice istniejących regulacji, stwierdzając, że nie sposób ich przewidzieć – a jednocześnie przewiduje fakt, że zgodnie z prawem posiada odpowiednie kompetencje do decydowania o tym, jak należy w ich przypadku postępować. To „bycie na zewnątrz” pokazuje faktyczną władzę suwerena – tego, kto jest rzeczywistym dysponentem prawa. Zapis druku nr 539 (całkiem możliwe, że rządzący wycofają się z niego pod wpływem protestów) prowadzi do oczywistych zagrożeń, dając pełną swobodę działania tym, którzy zdecydują się działać w oparciu o niego: w zależności od linii orzecznictwa sądu za działanie przeciwdziałające epidemii COVID-19 uznać można rozgonienie legalnej demonstracji, sparaliżowanie pracy Senatu, pozbawienie kogoś wolności czy dowolną inną czynność „naruszającą obowiązujące przepisy”, jeśli da się ją jakkolwiek powiązać z walką przeciwko epidemii. I chociaż wątpliwe jest, żeby rządzący zdecydowali się na radykalne nadużywanie tego przepisu, jeżeli wejdzie on w życie, sama jego konstrukcja obnaża stojący za nim porządek myślowy i logikę, w obrębie której działa obóz rządzący. W projekcie pojawiają się charakterystyczne Schmittowskie sformułowania: „sytuacja nadzwyczajna”, „sytuacja kryzysowa”, „szczególne rozwiązania”. W uzasadnieniu czytamy: „W stanie epidemicznym powodowanym COVID-19 niejednokrotnie niezbędne staje się zatem inicjowanie nagle działań ponadstandardowych, trudnych do pogodzenia z obowiązkami służbowymi i obowiązującym stanem prawnym, a jednocześnie niezbędnych do osiągnięcia zakładanego celu.” I, paragraf niżej:
Celem ustawy jest wprowadzenie rozwiązania, które pozwoli wyłączyć bezprawność, a w konsekwencji przestępność, czynu polegającego na naruszeniu obowiązków służbowych lub innych przepisów przez osobę działającą na rzecz zapobiegania oraz zwalczania choroby zakaźnej COVID-19. Konstrukcja proponowanego kontratypu nawiązuje do konstrukcji stanu wyższej konieczności [4].

Wbrew popularnej w liberalnych mediach narracji o braku zaplecza intelektualnego obecnej władzy, umiejętnie korzysta ona z pragmatyki politycznej oferowanej przez starą tradycję. Schmitt nie jest autorem koncepcji stanu wyjątkowego. Podobnie jak idea kaźni, którą zajmowałem się w poprzednim wpisie, pochodzi ona z praktyki i teorii prawnej zapoczątkowanej we wczesnonowożytnej Europie. Z długiej tradycji, na która składa się myślenie teologiczne, filozofia władzy oraz namysł kolejnych pokoleń jurystów. Bez Schmitta, Agambena, Foucaulta, bez Hobbesa, Tomasza Akwinaty i Machiavellego być może nie sposób skutecznie skonfrontować się z logiką obecnie rządzących.

Bibliografia:
  1. C. Schmitt, Teologia polityczna i inne pisma, tłum. M. A. Cichocki, Warszawa 2012, s. 45.
  2. Druk nr 539 Sejmu RP IX kadencji [cyt. za:].
  3. G. Agamben, Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie, tłum. M. Salwa, Warszawa 2008, s. 31.
  4. Druk nr 539…, op. cit.

O autorze:

Beniamin M. W. Bukowski

Reżyser, dramatopisarz, dramaturg i filozof. Absolwent MISH UJ (historia sztuki, filozofia) i Wydziału Reżyserii Dramatu AST w Krakowie. Obecnie kończy pracę doktorską w Instytucie Filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.